IndieSieyes
W ramach wstępu do dzisiejszych rozważań okołokulturowych pozwolę sobie sparafrazować jednego z pierwszych punk - rockerów nowożytności, księdza Emmanuela-Josepha Sieyes’a:
Czym jest indie? Muzyką popularną. Czym było ono dotąd? Muzyką niezależną. Czego żąda? Być wszystkim.
Tą oto przewrotną i trochę koślawą parafrazą rozpocznę swój anty-indie manifest. Jestem gotów się założyć, że poza nielicznymi wyjątkami wiecie, na czym polega zjawisko bycia indie. Tej nielicznej mniejszości służę wyjaśnieniem - indie, słówko pochodzące od angielskiego independent. Oznacza tyle, co niezależne, odnosi się do głównie do wszelkich przejawów działalności kulturalnej, jak np. muzyka, książki czy filmy. Ot, nowe określenie na coś, co w kulturze istniało chyba od zawsze, czyli na wszelkie dzieła znajdujące się poza najpowszechniej uznawanym obiegiem. Poezja sowizdrzalska była indie, dadaiści byli indie, symboliści byli indie. Rozwój kultury masowej dodał co prawda kilka warunków bycia niezależnym, jak chociażby łamanie konwenansów sztuki, którą się uprawia albo publikowanie swojej twórczości własnym sumptem, ale idea pozostawała ta sama.
Niezależność zawsze była w cenie. Kojarzyła się z wolnością i błyskotliwością. A skoro ktoś był wolny i błyskotliwy, musiał być fajny. Po krótkim czasie więc buntownicze nurty w sztuce stawały się głównymi. Potem awangarda stawała się sztuką popularną, na czele pochodu kulturowego pojawiali się kolejni buntownicy i w ten sposób wszystko się kręciło. I kręci się po dziś dzień.
Obecna czołówka kulturalnej świeżości zaczęła się już powoli upowszechniać. Szczególnie, jeżeli chodzi o muzykę. Trendy zapoczątkowane przez brytyjski ruch punk - rocka, kontynuowane przez ich post - punkowych pogrobowców, mocno osadziły się w mainstreamie. Pierwsi buntownicy albo już poumierali albo wypalili się, do czego mieli prawo - niewielu jest przecież ludzi permanentnie genialnych. Zaraz po nich pojawili się oczywiście ich kontynuatorzy, ze sloganami niezależności na ustach wyrażających swoją wrażliwość estetyczną i chęć zdobycia uznania w oczach innych.
Indie. To słowo zaczęło działać jak magnes na wszystkich, którzy chcą popieścić swoje ego snobując się na muzykę, której słuchają lub tworzą. Wyznawcy pop- i post-rocka zagarnęli termin, którego literalne znaczenie daleko wykracza poza zjawiska takie jak Radiohead, Arctic Monkeys czy Death Cab for Cutie. Fani tego rodzaju muzyki przykleili do niego etykietkę „Indie”, pod którą dynda dopisek “z natury zajebiste“. Masa ludzi podchodzi do zjawiska bezrefleksyjnie, konformistycznie stając się fanami zespołów tylko dlatego, że rzesza fanów uznała je za godnych noszenia tejże etykietki. Czasami niepotrzebna jest nawet aklamacja środowiska - wystarcza promocja, która w magicznym słówku widzi możliwość zarobienia coraz większych pieniędzy. Snobizm wymaga przynajmniej pozorowanej elitarności. Zespołom, które nie grają tak jak np. Franz Ferdinand bardzo trudno dostać się do grona artystów uznawanych wykonawców rocka niezależnego, bo nie wystarczy, a nawet nie można, grać nowatorsko, tylko swojsko. Ekskluzywne grupy są niezwykle atrakcyjne, więc każdy chce do nich dołączać. Artyzm i elitarność indie staje się papierową wydmuszką, pustym frazesem, w który jednak ‘elita’ ciągle chce wierzyć, aby nie podupaść na poziomie bycia fajnym we własnych oczach.
Ubrać odpowiednie ciuchy, wymyślić nazwę zaczynającą się na „The…” i ponaśladować trochę Joy Division - tyle trzeba, by stać się indie. To wystarczający powód, aby negować całą otoczkę związaną z tym zjawiskiem i uznać, że de facto ono nie istnieje, nie spełniając własnych założeń. Krótko mówiąc – ruch indie to wielkie nic, zabawka nadętych dzieciaków, które nie mogą przecież słuchać muzyki alternatywnej, bo teraz robi to co drugi nastolatek. Nie pierwsza i nie ostatnia, ale przez dłuższy czas zapewne – ulubiona.
PS. Wpis dedykuję pieunowi. Stay indie - srindie!
Tags: indie, indie - srindie, kultura, Muzyka, post - punk, wannabe
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
marzec 20, 2008 at 2:17 pm
Słucham indie rocka, ale moja definicja gatunku dawno odstąpiła od wywodzenia go z rocka niezależnego. Współczesny indie rock, taki jak Arctic Monkeys, Bloc Party, Kasabian, Editors, Interpol itp. niewiele ma wspólnego z niezależnością - to przebojowa i komercyjna muzyka.
“Indie” odstąpiło od swojego źródłosłowu i nie ma co się wykłócać o słówka. To po prostu prosta muzyka rockowa, o charakterystycznych wyznacznikach, które trudno ująć w sztywne ramy. Ale w dalszym ciągu prawie każdy, kto wie coś na temat tej muzyki, będzie w stanie odnaleźć jej naleciałości gdziekolwiek. Coś nieuchwytnego sprawia, że niektóre kawałki nazywamy indie rockiem.
Manifest powinien mówić nie że indie rock to wydmuszka ideowa, ale że definicja indie rocka jako muzyki niezależnej już nie obowiązuje. I to w sumie wynika z tekstu, pointa nie współgra zupełnie z treścią notki.
Pozdroxy.
marzec 20, 2008 at 3:54 pm
zgadzam się z Jarkiem w zupełności, o czym autor niniejszej notki przekonał się nie raz
marzec 20, 2008 at 4:07 pm
brakuje mi tu wzmianek o NME, Q itp oraz o takich hehe cudeńkach jak Pitchfork o majspejsach o indie pop nightach o nirvanach coldplayach itp
marzec 20, 2008 at 6:19 pm
Coldplay nie ma wielkiego związku z indie, bo nigdzie się tak nie tytułował. Nawet w wywiadzie do jednego koncertu wokalista stwierdził, że nie wie co oni grają, ale niech będzie że “smooth rock”.
Lewis - znaczy, że się znasz!
Pieun - kultura prasowa wokół indie rocka faktycznie jest czymś znamienitym, szkoda że pominiętym.
marzec 20, 2008 at 7:59 pm
Jak indie, to independent, jak independent, to nie popular, czyli nie pop. For Cthulhu’s sake…
Przemianowanie? Bez sensu. Szczególnie, że wypomnę Jarkowi, jak na jednym ze swoich blogasków [których widzielimy chyba z pińćset] czepiał się określenia ‘profanacja’.
Urko ma rację - coś co staje się popularne, przestaje być indie.
marzec 20, 2008 at 8:58 pm
Przestaje być indie, ale słowo “indie” odeszło od swojego źródłosłowu. Stało się odrębnym (w zestawieniu ze słowem “rock”
sformułowaniem. I nie oznacza wyłącznie niezależności.
Podam przykład - wiele polskich nazwisk wzięło się od zawodów wykonywanych przez naszych przodków. Mam na nazwisko Kopeć. Prawdopodobnie moi przodkowie byli kominiarzami, wędzarzami, albo czymś związanym z dymem (bo “kopeć” oznacza wg PWN “gęsty dym z sadzą”). Ja dalej mam tak samo na nazwisko, ale nie mam wiele wspólnego z tymi zawodami. Moje nazwisko odeszło od swojego źródłosłowu. Tak samo “indie rock” odchodzi od niezależności i staje się nazwą własną.
Dosłowność jest szkodliwa i nie jest wyznacznikiem precyzji.
marzec 20, 2008 at 9:30 pm
Niezależny to niezalezny. Co tu kombinować.
Przykład z nazwiskiem - EEE?! Comeon… Nazwiska to sprawa zupełnie odrębna i nijak ma się do omawianej kwestii.
“Dosłowność jest szkodliwa i nie jest wyznacznikiem precyzji.”
Uprasza się o zastanowienie się nad swymi działaniami z niedawnej przeszłości.
marzec 20, 2008 at 11:30 pm
W niedawnej przeszłości polemizowałem z nazywaniem artystów coverujących Kaczmarskiego profanacją. Nie rozumiem co to ma wspólnego. Zwłaszcza, że tutaj dyskutujemy o indie a nie o Kaczmarskim i moim wpisie. Zwłaszcza, że większość tutejszych czytelników i tak tamtego wpisu nie czytała.
Nie rozumiesz chyba procesów, które wpływają na język. Nazwy gatunkowe i własne należy czasem oderwać od ich źródeł, z którymi kiedy zaczynają samodzielnie ewoluować zaczynają mieć niewiele wspólnego. Fakt, że ludzie nazywają daną muzykę “indie rock” nie znaczy, że mówią “rock niezależny”. Nazywają tej nazwy jako czegoś samodzielnego.
Tak samo jak nazywa się literaturę piękną “piękną”, a wcale nie musi ona być piękna. Źródłosłów (beletrystyka = literatura piękna) odrywa się od znaczenia nazwy gatunkowej, choć pierwotnie były sprzężone. Już nie są. I jakoś nikt się akurat tego nie czepia bo wszyscy rozumieją, że “literatura piękna” to tylko nazwa gatunku a nie normalny przymiotnik.
marzec 20, 2008 at 11:56 pm
OK, to po kolei:
“Manifest powinien mówić nie że indie rock to wydmuszka ideowa, ale że definicja indie rocka jako muzyki niezależnej już nie obowiązuje. I to w sumie wynika z tekstu, pointa nie współgra zupełnie z treścią notki.”
Hm, może nie udało się tego dostatecznie mocno zaznaczyć, ale tekst miał dwie główne myśli - o definiowaniu muzyki niezależnej i ‘elitarności’ ruchu indie. A jako, że domniemana elitarność wynika z nie znajdującej poparcia w rzeczywistości rzekomej niezależności ; ) - jest wydmuszkowa. To nie atak na muzykę jako taką, a raczej ludzi, którzy dorabiają jej określoną, nieuzasadnioną “gębę”. Sam lubię Arctic Monkeys przecież ; ).
“brakuje mi tu wzmianek o NME, Q itp oraz o takich hehe cudeńkach jak Pitchfork o majspejsach o indie pop nightach o nirvanach coldplayach itp”
“Pieun - kultura prasowa wokół indie rocka faktycznie jest czymś znamienitym, szkoda że pominiętym.”
Good point - nie wspomniałem o konkretnych przykładach indie elitaryzmu, ponieważ po pierwsze - wydaje mi się, że akapit przedostatni i ostatni dobrze opisuje wspomniane przez pieuna zjawiska, po drugie - wpis mógłby wtedy za bardzo się rozwlec (i tak jest już długi), a po trzecie wreszcie - nie znam na tyle Pitchforka czy Porcysa naszego polskiego, aby o nich dosłownie pisać ; ).
@ dosłowność wyrażeń
Ostatnim komentarzem Jarek wytrącił mi z rąk wszelkie argumenty, tak więc pozostaje mi przyznać mu rację w kwestii elastyczności terminów, a Miśkowi podziękować za feedback. Jakkolwiek, w dalszym ciągu uważam, że zamiast indie można by tytułować takie kapele innymi, dokładniejszymi nazwami, aby pozbyć się mylącej konotacji ze słowem ‘independent’.
marzec 20, 2008 at 11:57 pm
o coldplay i nirvanie mówię celowo, bo co prawda ich podstawowe genre to odpowiednio britpop i grunge, jednakże często są one wymieniane również jako właśnie indie coś tam, głównie przed indie napinaczy. z racji niewyobrażalnej popularności tych zespołów wydaje mi sie, że warto by było o tym wspomnieć, przysłużyłoby się to logicznie całej argumentacji.
marzec 20, 2008 at 11:58 pm
“Ostatnim komentarzem Jarek wytrącił mi z rąk wszelkie argumenty”
To się cieszę i zapraszam do lektury ewentualnej polemiki, którą pewnie spłodzę lada dzień.
Jeszcze co do Porcys.com - oni nie są pro-indie, na pewno nie ;p Sami nazywają tą muzykę hiciorami dla młodzieży z grzywkami ;D
marzec 21, 2008 at 12:01 przed południem
w ogóle to sprzeciwiam się ograniczaniu zjawiska indie do indie rocka srock a nie rock, kolejna walka z wiatrakami, indie to indie po prostu.
marzec 21, 2008 at 12:52 przed południem
W miejsce słowa rock wstaw dowolne inne, albo traktuj wszystko wspólnie jako Indie - to nie ma znaczenia. Wszędzie i tak nazwa oderwie się od tego źródłosłowu - powtarzam to już do znudzenia ;p
marzec 21, 2008 at 1:08 przed południem
Ok, ale nie odnosicie wrażenia, że to trochę głupawe, kłócić się o indie? Zakrawa mi to na fandomowe spory o najlepszy sposób grania w RPG. Przecież indie to nie tylko Franz Ferdinand, Arctic Monkeys czy The Rakes- wcześniej takim mianem określano np.Tortoise, którzy wcale nie grają łatwej muzyki.
Porównanie do Joy Division było dosyć chybione Urko. No bo niby masz Interpol czy British Sea Power, ale tak naprawdę większość zespołów indie (takie “indie” jakie dzisiaj pojmujemy widząc chłopaków z grzywkami) wzoruje się raczej na wczesnych latach dziewięćdziąstych plus trochę śmiesznostek z klasycznego punka.
A przede wszystkim sparafrazuję Adama Michnika - “odpieprzcie się od indie!”. Pomijając znacznie wyższą wartośc od disco latino, czy kinder metalu, współczesne indie proponuje całkiem solidne granie, które sprawdza się na imprezach czy koncertach. Mi się przede wszystkim podoba, że na fali trendu wypłynęły tak ciekawe “bandy” jak The Decemberists- zespół, który gra niemal wyłącznie ballady na rockową nutę.
P.S. No dobra, sam nie wierzę, że bronię indie. Sam dzisiaj sie wyśmiewałem z chłopaka z “cierpiącą” grzywką
marzec 21, 2008 at 10:56 przed południem
Cierpienie to chyba domena emo a nie indie ;p
Woyke - my się tutaj wykłócamy o definicję tak na serio, o teorię rozciągniętą wokół tej muzyki. Ot co
marzec 21, 2008 at 1:13 pm
Dzieci, słuchajcie muzyki a nie indie, mainstreamu, undergroundu czy czegokolwiek.
Liczą się dźwięki, nie gówniane etykietki.
Plus dla autora za rzeczowy tekst.
l.
marzec 21, 2008 at 11:27 pm
“Dzieci”, lol! Uwielbiam taki protekcjonalny ton Mistrza Zen.
marzec 28, 2008 at 1:21 przed południem
Jarku, po Twoim pierwszym rozwodzie pogadamy, ok?
l.
marzec 28, 2008 at 2:22 pm
Nie znoszę protekcjonalnego tonu. I nawet miliard rozwodów na koncie mojego rozmówcy tego nie zmieni.
marzec 28, 2008 at 11:21 pm
Życie będzie Ci mocno przykre, jeśli nie nauczysz się pokory. Ale to Twoja sprawa; chcesz funkcjonować, jakbyś się z, dajmy na to, Bartoszewskim na jednym gównie ślizgał - Twój wybór. Pozostaje mi życzyć powodzenia bo same dobre intencje mam
l.
marzec 29, 2008 at 12:53 przed południem
Jak mam mięć wobec Ciebie pokorę, skoro jesteś dla mnie tylko dwuliterowym nickiem z pierwszym rozwodem na koncie? Z protekcjonalnymi wypowiedziami proszę nie do mnie.
Z góry dzięki.