Archive for the ‘Książki i Prasa’ category

Pozdro Nike!

Grudzień 28, 2008

Dzięki uprzejmości świętego Mikołaja moja mama znalazła pod choinką najnowszą książkę Olgi Tokarczuk, „Bieguni”. Nie będę ukrywał, że biskup od podarunków zwrócił się do eksperta ds. prezentów dla mojej rodzicielki, tzn do mnie z prośbą o zarekomendowanie najodpowiedniejszego upominku. Krążyłem między półkami największej polskiej sieci darmowych czytelni, a konkretniej jej poznańskiej filii szukając inspiracji. Wtedy też trafiłem między regały z literaturą polską. I tam przykuła moje oczy okładka oraz tytuł, które kojarzyłem z doniesień prasowych o najważniejszej polskiej nagrodzie literackiej. (więcej…)

Reklamy

Spieprzaj dziadu – The Return

Grudzień 15, 2006

Pan Prezydent w prywatnej wymianie zdań z towarzyszącym mu na konferencji prasowej ministrem-doradcą określił jedną z dziennikarek na sali „małpą w czerwonym”. Ależ niespodzianka i news!

Gdyby powiedział to publicznie, do kamery lub mikrofonu – byłoby nad czym przystanąć i pobulwersować się. A w tej sytuacji można to określić jednym słowem: „Było”. Słynne „spieprzaj dziadu” wysoko ustawiło poprzeczkę jeżeli chodzi o szorstkość języka czołowych polityków.

Oczywiście, nazwanie kobiety „małpą” jest nietaktowne. Ale uderzmy się w piersi i przyznajmy – czy zawsze, niezależnie od okoliczności dbamy o takt naszych wypowiedzi? Jeżeli ktoś posługuje się poprawnie politycznym językiem zawsze i wszędzie – to zazdroszczę samozaparcia. Ja nie potrafiłbym w rozmowie z kolegą powtrzymać się od nazwania nielubianej przeze mnie nauczycielki „małpą”. Zresztą, co tam rozmowa z kolegą – przecież znanym polskim gadającym głowom też zdarza się rzucić publicznie jakimś nieprzemyślanym określeniem, które nie do końca jest zgodne z kanonem języka mediów czy publicznej debaty.

Owszem, tutaj mamy do czynienia z prezydentem, najwyższym urzędem w 3 RP. Tym większy jest nietakt, ale ciągle – tylko nietakt, nic więcej. Nazwanie kogoś „małpą w czerwonym”, w dodatku niepublicznie (bo przypominam – Lech K. użył takiego sformułowania w szeptanej wymianie zdań ze swoim kolegą podczas konferencji), nie jest aż tak wielką zbrodnią, do jakiej to rozdmuchują ten fakt moi ulubieni forumowicze ze strony GW. I wcale mnie tym nie zadziwiają.

Nie wspominając już o tym nieszczęsnym „dutch” i „netherland”. Ojej, prezydent nie znał jednego angielskiego przymiotnika. Rzeczywiście, straszne.

About books & reviews

Wrzesień 30, 2006

No właśnie, ten blog nie miał nigdy być miejscem publikacji stricte politycznych. A że póki co brakuje trochę tematów na konkretniejszą notkę postanowiłem popisać trochę o moim wielkim, aczokolwiek zupełnie nieoryginalnym hobby, jakim jest czytanie książek.

A konkretniej na ścisłym ich aspekcie, czyli recenzjach, a co za tym idzie – kierowanie się nimi przy własnych osądach. Odwołując się do własnych doświadczeń wiem, że są książki, których raczej nie dotknę, ponieważ zostały dostatecznie i merytorycznie zjechane w opiniotwórczych dla mnie mediach, przez równie opiniotwórczych recenzentów. Takimi książkami są np. utwory Masłowskiej, Browna czy też harlequiny. Po prostu. Uznaję, że skoro ktoś ma podobne gusta książkowe co ja tudzież większe doświadczenie z literaturą jako taką, to warto kierować się jego opinią przy doborze lektur.

Spotkałem się zarzutem, że moje podejście jest nieprawidłowe, bo recenzenci i krytycy to przeważnie stertryczali staruszkowie, którym samemu nie udało się osiągnąć sukcesu, więc teraz się mszczą, tak więc ich recenzje są niemiarodajne. No tak. Ale jakoś trudno mi uwierzyć w masowy spisek recenzentów, użytkowników kilku forów i-netowych oraz innych szacownych jednostek ludzkich przy np. książkach Browna, których wielkim fanem stał się ostatnio mój kuzyn.

Lecz kontynuując myśl poprzedniego akapitu – może faktycznie opierając swoje osobiste „bany” na opiniach innych czytelników krzywdzę samego siebie odbierając sobie możliwość przeczytania jakieś dobrej książki? Tak np. było z „Pornografią” Gombrowicza. Mój tata, z którym moje gusta muzyczno – filmowo – książkowe zgadzają się prawie w 100% twierdził, że nie spodoba mi się, tak jak nie spodobała się jemu – zbyt pogmatwana. I o ile przez około pierwszych 50 stron faktycznie ciężko mi szło, to drugą połowę połknąłem na raz, odruchowo. Po prostu, książka wielce mi podpasowała i gdybym jej nie przeczytał, na pewno byłbym uboższy jeżeli chodzi o postrzeganie świata.

Z drugiej strony, ostatnie randez-vous Lewisa z Masłowską potwierdzają moją opinię – obydwoje tej książki nie lubiliśmy nie czytając jej, opierając się na licznych recenzjach i opiniach. Lewis ją przeczytał i jeżeli dobrze zrozumiałem jego relacje, to nie zmienił swojego podejścia do niej zbyt mocno. Więc teoria się sprawdziła. Z drugiej strony, „Wojnę polsko-ruską…” poleca Marcin Świetlicki, którego poezję bardzo lubię i uważam za bardzo dobrą. Zonk?

W wyniku tych przemyśleń postanowiłem się przełamać i zabrać za „Oskara i Panią Różę”. Książkę, która została mi obrzydzona przez medialne promowanie i zachwycanie się. Jednak faktycznie mogło coś fajnego w niej być, no i nie jest zbyt długa – więc w przypadku potwierdzenia mojego dotychczasowego podejścia do niej nie stracę zbyt wiele czasu. I powiem tak – po pierwszych trzech listach stwierdzam, że przynajmiej dobrze się czyta. Zobaczymy jeszcze, czy zostanę nią poruszony. Od tego zależy moje przyszłe podejście do książek hurraoptymistycznie promowanych w mediach, więc gra toczy się o wielką stawkę ;).